01 FebKoniec pamiętnika

Zawsze jest o czym pisać. Od ostatniego wpisu upłynęły dokładnie cztery miesiące. Zdarzyło się wiele. Przede wszystkim powitaliśmy w rodzinie małego Mikołajka i pożegnaliśmy naszą ukochaną babcię Ziutkę, o której wciąż myślimy i za którą tęsknimy. Kiedy jesteśmy w Bukowicach i ktoś naciska na klamkę, wydaje się, że zaraz wejdzie do pokoju i będzie rozmawiać z nami tak, jak dawniej. Mikołajek jest śliczny, rośnie jak na drożdżach – wyrasta z najmniejszych pieluch i ubranek, tylko patrzeć, jak będzie biegał z Tosią i Kajtkiem po boisku.

Dzieciaki w tym roku na szczęście chorują mniej. Mimo wszystko ciężko planować jeszcze jakiekolwiek wycieczki. Działamy dość spontanicznie – w październiku byliśmy w podwrocławskim labiryncie z kukurydzy, w grudniu w aquaparku i na jarmarku bożonarodzeniowym. Oczywiście ciągnie nas bezustannie do Bukowic, więc jeździmy tam, jak tylko jest okazja. Tosia jest często zapraszana na urodzinki do kolegów z obecnej i dawnej grupy przedszkolnej, więc bywa w różnych parkach zabaw. Ale za to mamy już zaplanowane wczasy – na początku lata jedziemy do Tunezji na 15 dni. Oczywiście nie możemy się już doczekać. Lecą z nami Gosia, Marcin, Zuzia, babcia Ania i dziadek Mietek. Mam nadzieję, że leci z nami pilot.

Świnki? Świnki mają się dobrze. Dzieci organizują im piknik od czasu do czasu, dziadek Karol obcina im paznokcie, czesze je ta osoba, która pierwsza dorwie się do szczotki. W klatce mają domek, w którym więcej czasu spędza Błyskotka, ale za to Plamka nauczyła się wskakiwać na dach i chętnie popisuje się nową umiejętnością. Ostatnio świnki przeżyły swoją pierwszą poważną podróż – były na świętach w Bukowicach. Ich klatka zajęła bagażnik i Mikołaj miał niemały problem – prosił nas, byśmy zawieźli część prezentów do Bukowic, a my ledwie mogliśmy je wszystkie spakować…

Zima? Zimy praktycznie nie ma. Śnieg padał może przez dwa dni. Kilka razy lekko poprószyło, ale nie na tyle, by wyciągnąć sanki. Za to przez dwa wspomniane dni dzieciaki najeździły się naprawdę sporo, ulepiły mnóstwo bałwanów, małych i dużych. Na Mikołaja pojechaliśmy do Bukowic (po napisaniu listów Kajtek dostał pociąg Lego Duplo, a Tosia kotkę Daisy), na święta oczywiście też. Sylwestra spędziliśmy w domu. Zorganizowaliśmy bal przebierańców i było cudownie!!! Czy to koniec zimy..?

Dzieci? Największy skarb. Tosia zamienia się w piękną panienkę, która woli wyglądać bardzo dorosło. Kajtek uparcie twierdzi, że jest już duży i jest w stanie wyzwać na pojedynek każdego, kto twierdzi inaczej.

Kajtuś jest mistrzem puzzli (przyszła zima, więc powrócił do wiosennej pasji), imponuje elokwencją. Tosia czyta książki, często sama bierze się za ich pisanie (choć nie kończy dzieł jak na razie), otrzymała największą liczbę punktów w diagnozie gotowości szkolnej (oczywiście nielegalne informacje o danych osobowych nie wypłynęły w żaden sposób – po prostu wiadomo, jaki był rekordowy wynik, a ja wiem, kto go otrzymał). Tosia wygrała też konkurs plastyczny o prawach człowieka i jest bardzo szczęśliwa z tego powodu. Na grudniowych jasełkach, w których była Czerwonym Kapturkiem, wystąpiła też przed dziećmi, rodzicami i nauczycielami, grając na skrzypeczkach dwie kolędy.

Wiele się zdarzyło i nadal się dzieje. Wiele nas czeka – czterdziesta rocznica ślubu moich rodziców, sześćdziesiąte urodziny mamy, wczasy, powrót do pracy… Tosia pójdzie do pierwszej klasy, a Kajtuś do przedszkola. Nigdy nie będzie odpowiedniego momentu, by zakończyć pisanie pamiętnika. Można by się zastanawiać, dlaczego pisaliśmy o czteroletniej, pięcioletniej i sześcioletniej Tosi, a o cztero-, pięcio- i sześcioletnim Kajtusiu już nie. Problem w tym, że Tosia zawsze będzie o trzy lata starsza – Kajtek nigdy nie stanie się jej rówieśnikiem. Można było pisać dwa pamiętniki, ale my wszystko robimy razem, a dzieci – choć coraz częściej kłócą się i szarpią – są jak papużki-nierozłączki. Zmiękłoby najtwardsze serce na widok Tosi, która ogląda z Kajtkiem zdjęcia czy czyta mu książki. Nikt nie może się przy Kajtku smucić, bo zaraz pyta o powód złości czy smutku, skoro “wszyscy cię kochamy. Ja cię kocham, tata cię kocha, Tosia cię kocha”. Poza tym jest to pamiętnik malucha. Bez wątpienia moje dzieci zawsze będą wydawać mi się małe, jednak coraz trudniej pisać pamiętnik dziecka, które samo pisze, samo czyta książki (kilkadziesiąt w roku 2014) i posługuje się słowami, które ja poznałam o wiele, wiele później… Oczywiście pamiętnik tylko na samym początku cechował się narracją pierwszoosobową, potem podmiotem był już zawsze jeden z rodziców. Mimo wszystko blog ciężko już nazwać pamiętnikiem malucha.  Może warto by pomyśleć o blogu rodzinnym? Blogu z podróży? A może pewnego dnia Tosia zrealizuje jeden ze swoich planów, czyli będzie samodzielnie opisywać przeżyte chwile? Jeśli tak, to mam nadzieję, że w tych opisach będziemy – ja i Karol – odgrywać jakąś rolę.

Kocham Cię, Tosia.

Kocham Cię, Kajtek.

 

01 OctPlamka i Błyskotka

Od miesiąca opiekujemy się “świnkami morskami”, jak to mawia Kajtek. Najpierw z Tosią przygotowałyśmy się od strony merytorycznej do tego zadania, to znaczy przestudiowałyśmy książkę o “świnkach morskach”. Potem obłędnie szukałam hodowli świnek, aż śniły mi się po nocy samiczki z jednego miotu. Adopcji nie brałam pod uwagę, bo przeprowadza ją banda wariatów (jak na mój gust), hodowle świnek rasowych też budzą pewne zastrzeżenia (mioty zarezerwowane na ileś tam miesięcy do przodu, narzucanie imion, brak wolnych świnek). Zwykłe hodowle byłyby najlepsze, już nawet mieliśmy umówioną wizytę pod Jarocinem. Tymczasem dwa dni wcześniej – będąc na lodach – wstąpiliśmy z dziećmi do sklepu zoologicznego. Chciałam sprawdzić cenę klatki, a zobaczyłam dwie śnieżnobiałe rozetki. Bałam się, by nikt mi nie sprzątnął ich sprzed nosa (i dzieciom też – zakochały się od pierwszego wejrzenia), więc zadzwoniłam po Karola. Przebiegł do nas, jak tylko przeszedł przyśpieszony kurs rozpoznawania płci u świnek, a po chwili wracaliśmy z klatką, sianem, karmą, poidłem, szczotką, witaminami (po zapłacony żwirek trzeba było się wrócić, bo o nim zapomnieliśmy) i oczywiście ze świnkami – Łatką i Błyskotką. Dziewczyny były super, najbardziej tuliły się do Tosi, Łatka była chyba bardziej przyjazna, chodziła krok w krok za Błyskotką i przytulała się do niej, podczas gdy Błyskotka uciekała na drugi koniec klatki raz za razem. W sobotę pojechaliśmy do Bukowic, a gdy wróciliśmy, zobaczyliśmy, że Łatka nie żyje.

Płakaliśmy za nią, bo zdążyliśmy się do niej przywiązać. Mi było szkoda Błyskotki, która musiała spędzić kilka godzin przy martwej koleżance.

Po kilku dniach Karol poszedł z dziećmi do sklepu. Gdy Tosia zobaczyła świnkę, która – według Karola – była samiczką, od razu stwierdziła, że tak puszyste stworzenie będzie nosiło imię Pusia. Problem jednak w tym, że około godziny szóstej nikt, nawet największy laik, nie miałby wątpliwości co do męskiej płci Puszka. Słuchawki w sklepie nikt nie podnosił, pozostało tylko odseparowanie przyjaciół na noc (i ukrycie pana świnki przed dziećmi, żeby uniknąć niepotrzebnego budowania relacji). Szczęście w nieszczęściu, że mieliśmy klatkę po chomiku. Zastanawialiśmy się, czy uda się oddać Puszka, bo zwierząt przecież nie oddaje się jak spodni czy telewizora. W razie czego nastawieni byliśmy na pozostawienie Puszka w sklepie, by jego właściciele mogli go sobie po raz drugi sprzedać.

Ku miłemu zaskoczeniu pani przyjęła Puszka i sprowadziła specjalnie dla nas dziewczynkę rozetkę. Podczas gdy Błyskotka jest biała jak błyszczący śnieg, Plamka zawdzięcza swoje imię rudej plamce na pyszczku, bo – ogólnie rzecz biorąc – jest czarna jak węgiel, choć też błyszczący.

Świnki są nieprawdopodobnie przyjacielskie, tulą się, gruchają, gdy są głaskane. Najśmieszniejsze jest to, że piszczą, gdy słyszą szeleszczącą reklamówkę, nawet gdy aktualnie nie szykujemy sobie siana na kolację, gdy słyszą odsuwaną firankę przy oknie balkonowym, nawet gdy wyciągamy rower, a nie przywieziony z Bukowic mlecz, i gdy słyszą kroki Karola. Albo się cieszą, że idzie “nasz”, albo kojarzą go z garścią pietruszki czy koniczyny (mają awers do suchej karmy, choć na niej się wychowały – rozpieściliśmy je).

img_7427

01 OctPowrotu do zdrowia!

Babcia Ziutka jest w szpitalu z powodu nienajlepszych wyników. Odwiedzę ją w sobotę, tymczasem staram się, by moje ciepło w jakiś telepatyczny sposób dotarło do niej i podtrzymało ją na duchu.

01 OctSmyk ze smyczkiem i smykałka do nut

Tosia prawdopodobnie weźmie udział w konkursie skrzypcowym, podczas którego będą grane utworzy Bacha i Schumanna. Konkurs ma się odbyć w kwietniu w Jeleniej Górze, ale więcej szczegółów nie znamy – ani na temat zasięgu, ani na temat pojemności sali (cóż, z tego, co wiemy, wybiera się z nami pokaźna grupa osób z rodziny, mimo że udział nie jest potwierdzony – na razie pani tylko wspomniała, że chce przygotowywać właśnie Tosię).

Mój anioło-smyk ma też smykałkę do klawiszy. Wprawdzie w wakacje Tosia nie jeździła na lekcje pianina, ale talent zaczyna się ujawniać nie tylko w dawno już chwalonym słuchu, który umożliwia odtworzenie utworu, korektę popełnionych błędów. Tosia siada przy pianinie i zaczyna grać melodie, które… “pomyśli głowa”.

01 OctTola w Columbusie

Tosia chodzi do zerówki, a właściwie biegnie tam z radością. Bardzo dobrze czuje się w grupie, bawi się z dziećmi, a panie ją chwalą (za to, że jest grzeczna i aktywna). Jedna z nich powiedział mi ostatnio, że gdyby miała w grupie wszystkie takie dzieci  jak Tosia, poszłaby na kolanach do Częstochowy (oczywiście pielgrzymka miałaby charakter dziękczynny). Panie są nowe (dwie z nich pracowały, ale w innych grupach), ale pełne zapału, siły. Codziennie dzieje się coś nowego . Było nba przykład – między innymi – spotkanie z policjantem, z panem niepełnosprawnym, z budowniczymi dróg, w przedszkolu byli muzycy z filharmonii, miał miejsce dzień projektowy (dzieci wybierały, w jakiej grupie chcą mieć zajęcia), dzień zdrowego żywienia, zorganizowany został wyjazd do teatru (a my wtedy chorowaliśmy… ech!), a to dopiero miesiąc nauki. Prawdopodobnie Tosia zagra na skrzypcach podczas jasełek i być może będziemy dzieciom , tzn. zerówkowiczom, wyświetlać na suficie bajki przy pomocy PRL-owskiej “Ani”.

A choroba? Była, minęła. Dzieci już dwa razy złapały we wrześniu przeziębienie, Kajtek nawet dostał antybiotyk od pani, do której wbrew mojej woli nas zarejestrowano! Oczywiście antybiotyku nie dałam, bo dziecko nie miało ani kataru, ani kaszlu, tylko gorączkę, być może spowodowaną czymś zupełnie innym, niż bakterie (wirus?, tzw. trzydniówka?). Tosia pięć razy (na dwadzieścia dwa) opuściła szkołę w tym miesiącu. Wynik mimo wszystko imponujący.

01 OctHistoria o smokach

Było sobie kilka smoków, które pewien chłopiec bardzo lubił i bez których nie wyobrażał sobie momentu zasypiania. Smoczki trafiały do buzi, gdy chłopiec się uderzył i bardzo bolało, a najchętniej miałby je pod ręką, żeby móc skorzystać z nich wtedy, gdy sam wybierze odpowiedni moment, ale na to drugie rozwiązanie rodzice się nie zgadzali. Tak czy inaczej zrodziły się dość silne więzy między chłopczykiem a jego “usypiaczami”. Coraz częściej rodzice powtarzali chłopczykowi, że dostanie ciężarówkę lub inną zabawkę, jeśli wyrzuci smoka. A gdy nadszedł dzień, w którym rodzie pozwolili dzieciom wybrać sobie po zabawce na Allegro, dziewczynka wybrała wymarzoną Barbie (syrenkę), a zaprzyjaźniony ze smokami chłopczyk – pluszowego Elmo. Na początku chciał lwa, a potem wpadł na pomysł, że chce Elmo i że dzięki niemu wyrzuci smoka. Dwa tygodnie temu kurierzy dobijali się do drzwi z przesyłkami. Syrenka i czerwony potwór z ulicy Sezamkowej wywołali wypieki na twarzach. Przyszedł czas na pożegnanie ze smokiem i było to trudniejsze niż rodzice myśleli. Smok nie chciał wpaść do kosza i po dłuższych pertraktacjach (nieudanych) tata chłopca zabrał smoka i udał, że go wyrzuca. Na nic zdały się poszukiwania w koszu. Smoka nie było.

W pierwszy wieczór chłopiec płakał mocno: “smoku, wróć!”, “smoczku, gdzie jesteś?!”. W drugi wieczór było lepiej, w trzeci – gorzej. A po dwóch tygodniach po smoku zostało tylko miłe wspomnienie…

Wiem, że rodzice pozbawili chłopca cudownego przyjaciela, z drugiej strony… No cóż! Dosyć truizmów i patetycznej paplaniny.

30 SepDziesiątka na torcie

W tym roku mojej siostrze Gosi przyszło upiec aż trzy torty, choć dla jednej osoby. W ubiegły weekend do Zuzi na urodziny przyjechali dziadkowie, w następny przyjdą znajomi, a w ten – byliśmy my.

img_7446
Po obiedzie na tort (z drugim tortem) wpadła siostra Marcina – Ola – z mężem Pawłem. Dzieci radem dmuchały świeczki, a Kajtek (czego nie widać na tym zdjęciu) trzymał pistolet wodny (pewnie na wypadek pożaru).

Kupiliśmy Zuzi maszynkę do robienia warkoczyków, dzięki czemu dziewczyny przez dwa dni chodziły z pięknymi splotami we włosach.

Pod wieczór Kajtek chyba doszedł do wniosku, że ma już dosyć imprezy, poszedł do sypialni Gosi i Marcina, wgramolił się na łóżko i poszedł spać. Znaleźliśmy go z pistoletem wodnym w objęciach. Nic dziwnego – dzieci zanieśliśmy do samochodu o czwartej nad ranem i choć koniec końców usnęły, miały przerwę w spaniu. W dodatku wstały o szóstej rano, może o szóstej trzydzieści.  Potem skoczyliśmy z nim do galerii handlowej (Tosia została w domu z Zuzią). Zmęczenie przyszło nie wiadomo kiedy, a minęło po czternastu godzinach: Kajtek spał nieprzerwanie od szóstej wieczorem do ósmej rano.
img_7454

img_7471

Na niedzielną mszę świętą fryzurę wykonał Tosi najlepszy operator urządzenia. W kościele na dzieci czekało kilka niespodzianek. W trakcie kazania Tosia stała z grupą dzieci przy ołtarzu i ksiądz ją wybrał, by odpowiedziała na pytanie, do odpowiedzi na które się zgłosiła. Potem Kajtek, Tosia i Zuzia zostali wylosowani, bo przed mszą do specjalnego koszyka wrzucili “ziarenka” (kupony z odpowiedziami na pytania dotyczące fragmentu Ewangelii czytanej w ubiegłą niedzielę). Dostali łakocie. Na koniec każde dziecko dostało cukierka od księdza Michała, który obchodził imieniny.

15 SepCo dalej?! Jestem za zdrowa!

Po sierpniowo-wrześniowych przygodach z lekarzami zaczynam się martwić tym, że nie mam powodów do zmartwień. Zaczęło się od wizyty u lekarza pierwszego kontaktu w związku z nawracającymi bólami gardła. Dostałam skierowanie na wiele badań, a przy okazji usłyszałam, że moje ciśnienie tętnicze jest “na granicy”. Ciśnieniem się oczywiście nie przejęłam, bo nie w jego sprawie poszłam do ośrodka.

W drugiej kolejności odwiedziłam endokrynologa, który obejrzał odebrane przy okazji wizyty w ośrodku wyniki i stwierdził, że jestem za zdrowa. Przy okazji wspomniałam mu o stwierdzonym gronkowcu złocistym, na co zareagował bardzo zdecydowanie: “proszę nie dać sobie wmówić, że ma pani infekcję gronkowcową! Gdyby tak było, leżałaby pani z sepsą na oddziale intensywnej terapii”. Zabronił mi też iść do internisty po antybiotyk i zalecił ukryć wyniki przed laryngologiem.  Jeśli chodzi o nadciśnienie, to wcale go to nie zaniepokoiło: “pewnie ma pani lekką nerwicę, bo się przejmuje tym wszystkim niepotrzebnie”. Oprócz tego, że jestem za zdrowa, przez najbliższe trzy lata zażywać mam leki na “wybicie” gruczolaka prolaktynowego w przysadce mózgowej.

Skoro nie miałam się już czym martwić, zaczęłam się martwić nadciśnieniem. Za każdym razem, jak mierzyłam je u mamy, wychodziło za wysokie i przez wiele tygodni źle się czułam. Przyśpieszony puls, uczucie kłucia w klatce piersiowej…

Po drodze miałam wizytę u dermatologa. Poszłam tam w innej sprawie, wyszłam z lekami na co innego. Ale przy okazji pani doktor potwierdziła to, co endokrynolog mówił o gronkowcu – zwykle się go nie leczy, spory procent społeczeństwa po prostu ma go w swojej florze bakteryjnej; w dermatologii na przykład leczy się skórę dopiero wówczas, gdy bakterie gronkowca przeszkadzają. Zaleciła wizytę u laryngologa, żeby ten stwierdził, czy u mnie właśnie bakterie “przeszkadzają”. Oczywiście wizyty u innych specjalistów nie miały na celu leczenia gardła… Po prostu terminy oczekiwania na wizytę są dość… odległe, a skoro miałam możliwość konsultacji, to konsultowałam (pytając przy okazji o związki między potencjalnym gronkowcem a innymi zjawiskami). Wprawdzie mogłam iść do bardzo znanej w województwie przychodni laryngologicznej. Najbliższy termin na NFZ wypadał na czerwiec, a prywatnie “nawet dziś”. W związku z tym doszłam do wniosku, że pójdę do naszego ośrodka ze skierowaniem od internisty, a do słynnej placówki “nawet dziś” tego samego czy następnego dnia, jeśli zajdzie taka potrzeba.

Wizyta w ośrodku zdrowia była jedną z najnieprzyjemniejszych i nie wiem, w jakim stopniu wiązać to z faktem, że nie byłam tam prywatnie. Pani nie mogła się doczekać, aż wyjdę. Zero wywiadu, wyników nie dotknęła, choć podsuwałam jej papiery pod sam nos. Spytana o to, czy moja rodzina jest zagrożona gronkowcem, początkowo wzruszyła ramionami. Potem kazała zachować mi “podstawowe zasady higieny”; wtedy ja stwierdziłam, że dzieciom nie będę podjadać nic z widelca, ale w przypadku – że tak powiem – kontaktów z mężem ciężko będzie zachować “higienę”. Postanowiłam zdenerwować ją jeszcze jednym pytaniem o to, czy myśli, że powinnam udać się do jakiejś przychodni, w której mi zrobią endoskopię. Dobrze, że nie zabijała wzrokiem jak Bazyliszek: “i co pani chce tam zobaczyć?!” Ja bym tam chętnie się przekonała, czy nie mam jakiegoś polipa na przykład, bo raka wykluczają badania… Mam nadzieję, że pani też jakoś to wyczuła, bo do wyników przecież nie zajrzała…

Gdyby to był Fejsbuk i gdyby był tu przycisk “Lubię to!”, nie wcisnęłabym go.

Natomiast ciśnienie się uspokoiło…

10 SepMydlano-świderkowy spacer

W jeden z ostatnich weekendów sierpnia wybraliśmy się na wrocławski Rynek. Naszym celem były lody amerykańskie – świderki. Całe szczęście, że nie było aktualnie śmietankowego smaku. W przeciwnym razie pewnie zjedlibyśmy lody i wrócili do auta. Tymczasem na Rynku odbywał się festiwal sztuk ulicznych. Oglądaliśmy kilka pokazów, a potem zaproponowaliśmy dzieciom przejażdżkę konikiem. Choć Tosia już od dawna o tym marzyła, nie chciała wsiąść do bryczki. Woźnica myślał, że Tosia boi się konia, a ona po prostu ciągnęła nas w stronę gigantycznych baniek mydlanych, które można było i podziwiać, i puszczać (wspomnieliśmy zainteresowanemu buntem panu coś o bańkach, a pan opacznie to zinterpretował i pocieszył nas, że jego koń też się boi baniek). Skoro jednak obiecaliśmy, że pójdziemy puszczać bańki po przejażdżce, Tosia wskoczyła zadowolona do karocy.

img_7224

Okrążyliśmy Rynek, a potem na tyle wzbudziliśmy zaufanie woźnicy, że poprosił nas o popilnowanie konia. Chwalił się też, że bryczka i koń (czy woźnica – nie wiem) występowali w “Pierwszej miłości”.

img_7243

Choć pilnowanie i głaskanie konia wzbudziło entuzjazm dzieci, maluchy nie mogły doczekać się baniek. Sprytna mama szybko zapolowała na specjalne urządzenia i po chwili zarówno Tosia, jak i Kajtek, samodzielnie puszczali bańki tak wielkie, że pewnie mogliby się w nich schować.

img_7253

img_7275

W drodze powrotnej tradycyjnie dzieciaki tarmosiły wszystkie napotkane krasnale. Tym razem sfotografowały się z Życzliwkiem.

img_7333

Nawet gdyby on nie naładował nas pozytywną energią, zrobiłyby to śmietankowo-czekoladowe świderki. Łakoma mama byłaby podwójnie szczęśliwa.

09 SepPo bukowicku

Na pamiętam, żebym ten dzień spędziła poza Bukowicami. WNMP. Święto bukowickie, wyjątkowe. Nawet dzieci nie marudziły, że muszą wstać skoro świt. Motywacja była…
Do kościoła dotarliśmy na ósmą. Tosia i Kajtuś grzecznie siedzieli przez całą mszę, choć nie zdziwiłabym się, gdyby chciały w trakcie kazania już wyjść, by oglądać “jarmark cudów”. Tosia dostała (od nas, od prababci i od dziadków) śmiejącą się łapę, pierścionki, psa pudla i owieczkę. Kajtuś zielony gwizdek, z którym od miesiąca się nie rozstaje, łapę i dwa wiatraczki.Co ciekawe, namawialiśmy go na zabawki, a on nie chciał nic oprócz wiatraczków. Dopiero w domu moich rodziców ocknął się i chciał wracać po podskakujące pająki. Może wcześniej się obawiał, że jak mu damy jakieś autko czy pająka, to będzie musiał oddać wiatraczki (chociaż zapewnialiśmy go, że tak nie będzie). Potem od drugich dziadków maluszki dostały jeszcze wiatraki, pukawkę i wachlarz.
Po kawie pojechaliśmy na grzyby. Tylko Tosia znalazła coś konkretnego – całą rodzinę prawdziwków, które nie dość, że bardzo łatwo się wyrywały, to jeszcze miały oczyszczone nóżki.
Reszta to kanie, które tego samego dnia trafiły na imprezowy stół. Może to nie najszlachetniejsze grzyby, ale dzieciom podobały się one najbardziej.
img_7085

img_7104